&SONS O BRANDINGU: Piątek - marki lubią magię.

Faworyt, najlepszy w rodzinie, uwielbiany przez wszystkich, bożyszcze - Piąteczek! Dostało mu się za nic właściwie, bo czy to jego zasługa, że otwiera wrota do wyczekiwanego przez całą ludzkość pracującą weekendu? A precyzyjniej poprzedzającego go wieczoru i nocy: wolności, braku konsekwencji i nieograniczonych możliwości. 

Piątek nas uwalnia od pozostałych dni tygodnia, od obowiązków, od myślenia, od nas samych. Piątek sprawia, że na ten jeden wieczór stajemy się kimś innym i dopóki nie wybije godzina świat pełen jest supermanów, bogiń, sexbomb i Ryanów Goslingów. Jak Axe ze swoim „efektem”, nasz Piąteczek jest magikiem, który zmienia to, co nudne i zwyczajne, w szalone i ekscytujące!

Jakby spojrzeć z dystansu na zjawisko - Piątek to powtarzająca się nieustająco i w milionach wersji bajka o Kopciuszku, tylko, że w większości z nich nie ma już grzecznej dziewczynki, która pozwoliła sobie na chwileczkę zapomnienia... Rozbuchane oczekiwania, podchwycone przez marketing sprawiły, że Piątek dawno przekroczył wszelkie granice i jedzie po bandzie. Poalkoholowe - i nie tylko - wizje, mroczne fantazje, odmienne stany świadomości... Jak w genialnych reklamach Smirnoff’a, w których cienka granica pomiędzy szaloną zabawą, a niepokojącą halucynacją została naruszona z premedytacją. Delirium Piąteczek!

No i mamy - przynajmniej jeden dzień tygodnia jest wyrazisty, mocny i nie idzie na kompromisy. To ogranicza co prawda jego możliwości w FMCG, ale płakać nad tym nie będziemy, bo już się w tych kategoriach obłowił. Wyobraźcie sobie za to potencjał, jaki Piątek mógłby dać marce butów! Psychodeliczne szpilki z fantazją, jak od Irregular Choice, połyskujące brokatem i z głową królika na noskach... Albo odjechanej marce fashion z pazurem jak MISBHV, oj nie na każdą okazję... Albo marce modnego za sprawą Instagrama farbowanego żarełka, jak brokatowe cappucino czy tęczowe tacos. Czary mary Piąteczek!

Ewa Galica